Wypadki morskie

Wyskoczył za właścicielem katamaranu

Niedzielne popołudnie, spotkanie ze znajomymi na plaży w Rewie i kursy katamaranem żaglowym po zatoce Puckiej. Niewielkie zachmurzenie i wręcz wymarzone warunki do żeglugi. Przy takich okolicznościach naprawdę trudno dopatrywać się tragedii. Jak właściciel katamaranu znalazł się za burtą, podczas gdy jego gość wciąż był na pokładzie? To miał być ostatni wypad, jaki zaplanowali tego dnia, a okazał się ostatnim dla właściciela.

Właściciel jachtu zabrał ze sobą jednego ze znajomych, który nie miał za bardzo pojęcia o żeglowaniu. Wypłynęli do pobliskiej miejscowości i poszli na spacer po plaży w Rybitwiej Mieliźnie, po czym wrócili na jacht. Zaledwie zdążyli odpłynąć, kiedy płetwa sterowa katamaranu uderzyła w płytkie dno i jarzmo steru wypadło z zawiasów. Łącznik z przedłużaczem łączącym oba rumple uległ uszkodzeniu. W tym momencie katamaran znacznie stracił na sterowności.

Wspólnie zamontowali ster i kontynuowali halsowanie w kierunku Rewy. Właściciel katamaranu przejął jeden ze sterów i poinstruował załoganta, by zajął miejsce przy drugim. Udzielił porad, w jaki sposób synchronizować pracę sterów, co w ich przypadku było wręcz nieosiągalne. Tym razem nie dopłynęli za daleko. W odległości 1,5 mili morskiej od brzegu, nagły zryw wiatru przechylił jednostkę. Kapitan znajdował się po stronie zawietrznej. W tym samym momencie poślizgnął się i wypadł za burtę.

Sytuacja zrobiła się krytyczna tylko dlatego, że nie mieli czym się ratować. Na wyposażeniu katamarana nie było żadnych środków ratunkowych. Nie mogli też od razu wezwać pomocy bez radiostacji czy nawet telefonów komórkowych, które zostawili na lądzie. Jedna z tych dwóch rzeczy kosztowała życie człowieka.

Jednak załogant nie wypadł razem z właścicielem. Pojawił się cień szansy, że mimo braku doświadczenia, będzie w stanie wykonać zwrot. To był tok myślenia właściciela, który zaczął udzielać wskazówek, jak wykonać manewr podejścia. Manewr sam w sobie jest problematyczny i wymaga wprawy, żeby w odpowiedniej odległości wykonać zwrot przez sztag. Połączenie sterów było uszkodzone, ale nie przeszkodziłoby w ustawieniu jachtu w dryfie. W ten sposób oddalałby się znacznie wolniej od ratowanego.

Sytuacja przerastała możliwości załoganta. Nie był w stanie wykonać zwrotu, wezwać pomocy czy rzucić koła ratunkowego. Wiedział tylko, że katamaran płynie w przeciwnym kierunku niż właściciel jachtu. Nie widząc innej opcji postanowił podzielić jego los i wskoczył do wody. Oczywiście myślał, że to w czymś pomoże. Znaleźli się w dwa razy gorszej sytuacji.

Nie poddawali się, o czym świadczył zamiar dopłynięcia do brzegu w Rewie. Było to możliwe, ale nie w ich przypadku. Wiatr wzmógł się do 2-3 stopni w skali Beauforta. Wytworzyło się falowanie, które razem z prądem przybrzeżnym udaremniło ratunek. Zrezygnowali z pomysłu dopłynięcia do Rewy, po czym skierowali się do innej miejscowości oddalonej o ok. 1,5 mili morskiej.

Późnym wieczorem załogant dotarł do brzegu w Osłoninie. Właściciel zaginął w pobliżu wybrzeża, prawdopodobnie w odległości 300 m. Po zapadnięciu zmroku mógł nie wiedzieć, jak niewiele mu zabrakło. Ocalony powiadomił służby ratownicze, podjęto akcję poszukiwania zaginionego. W efekcie ciało znaleziono dopiero po dwóch tygodniach, przy torze podejściowym w Zatoce Gdańskiej. Natomiast jacht znalazł się na plaży Mierzei Helskiej po 3 dniach od wypadku.

Katamaran wbrew pozorom był jedynym środkiem ratunkowym, jakim dysponowali. Statek jest najlepszą łodzią ratunkową, dopóki nie zacznie tonąć. Ponadto umożliwia wezwanie pomocy. Bez środków asekuracji, opuszczanie jednostki stanowi zagrożenie. W porównianiu do wód śródlądowych, na morzu ma to ogromne znaczenie. Warto o tym pamiętać, zanim zdecydujemy się zrobić coś, od czego nie będzie odwrotu.

Przebieg wypadku katamaranu żaglowego “Tornado G-836”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *